.............todo uzupełnić co tam rano na Halongu widzielimy.............
Ze statku znów ładują nas na autobus, znów busikiem do Hanoi z postojem w tym samym sklepo-kombinacie turystycznym (filia po drugiej stronie ulicy). W hotelu było oczywiste że przed całonocnym pociągiem chcemy wziąć prysznic, i oczywiste że dostaliśmy pokój na godzinę, tak żeby się przepakować i umyć. Do końca nie wiem, czy było to za darmo czy za kilka zaledwie dolców doliczonych do rachunku. Oczywiste też jest to że turysta biedne ciele nie może tak po prostu pojechać na stację - najpierw świta pracowników taszczy toboły na główną ulicę, potem pracownik hotelu bierze taxi (z wybranej korporacji - Mailinh), potem on zamienia voucher na bilet, odprowadza nas do pociągu, wskazuje przedział, kłóci się z konduktorem i wyrzuca z naszego przedziału małą rodzinę z milionem walizek i dwiem klatkami na ptaki. Niestety kawałek dalej konduktor wagonu pakuje się nam do kabiny, bo podobno ktoś marudzi na klimę że mu zimno i musiał oddać swój przedział turystom. Nam on nie przeszkadza, chyba nawet bezpieczniej jest. Jeszcze kawałek dalej dyskretna pani z dzieckiem zajmuje górne prycze. Do końca nie wiemy, czy mieliśmy mieć cały przedział dla siebie czy nie.
O pociągach
Pociąg buja i huśta, jazda jest generalnie niezbyt przyjemna. My akurat jechaliśmy czymś, co miało napis Livitrans - mniemam iż wagon prywatnej firmy doczepiony do państwowego pociągu. Na końcu korytarza kimał strażnik, więc całkiem bezpiecznie. Jedzenie drogawe, ale poranna zupa jest. Pociąg spóźnił się zaledwie godzinę, więc średnia azatycka zachowana. Z tego co czytałem na necie bilety te wykupują biura podróży, więc na pewno jakiś haracz był, jednak na wszelki wypadek nie dowiadywałem się ile :)